poniedziałek, 15 lipca 2013

Rozdział 6 (II część)

- Kocham Cię Charlie – wypowiedział te słowa i jego twarz zaczęła się niebezpiecznie przybliżać, do mojej. Widziałam jak spogląda na moje lekko rozchylone usta. Wryło mnie... nie wiedziałam co robić. „Przecież kochasz Harrego...” odezwał się dobrze znany głos w głowie. W momencie otrzeźwiałam i gwałtownie odsunęłam się od ust Louisa, którym brakowało dosłownie kilku milimetrów do moich.
„Kurwa, niedobrze...” dopiero teraz zaczęłam zdawać sobie sprawę, z tego co on do mnie powiedział. Teraz mu się zebrało na wyznania miłosne? Serio? Zaczęłam trochę panikować. Serce biło mi jak jakiś młot. Nie mogłam powstrzymać zaskoczenia i lekkiego drżenia rąk.
Popatrzyłam na chłopaka. Gdy się zorientował, że odsunęłam się od niego był nieco zdziwiony.
- Lou... – zaczęłam drżącym głosem – J-Ja..i Ha-arry... my jesteśmy razem. Ja nie mogę – wydukałam i popatrzyłam na jego reakcje. Chłopak momentalnie się zasmucił i spuścił głowę.
Widać było, że nie tego się spodziewał... Ja zresztą też nie sądziłam, że to się stanie... myślałam, że odpuści... Sięgnęłam po jego rękę i wzięłam do swojej.
- To nie znaczy, że nie jesteś dla mnie ważny... ale zrozum. Kocham Harrego. Ty jesteś dla mnie już tylko dobrym przyjacielem... – westchnęłam.
Chłopak podniósł głowę i swoim przeszywającym wzrokiem popatrzył mi w oczy.
- Pamiętaj, że jeżeli by Ci nie wyszło z Harrym, ja zawsze będę czekał – złożył delikatny pocałunek na moim policzku i wysuwając swoje ręce z moich, wstał z łóżka i skierował się do wyjścia. Poczułam jak moje oczy robią się mokre, od napływających łez.
Ugh... czemu to wszystko jest takie trudne.
- Louis – zatrzymałam chłopaka prawie przed drzwiami. Stanął i odwrócił się z nadzieją w moją stronę – Nie czekaj na mnie... znajdź sobie kogoś... znajdziesz kogoś, kto będzie Cię kochał, kogo Ty będziesz kochał... proszę Cię. Nie marnuj sobie życia przeze mnie... – ostatnie zdanie prawie szepnęłam czując jak po moim rozgrzanym policzku spływa łza. To było dla mnie trudne...
Chłopak podszedł do mnie i złapał ze mną kontakt wzrokowy.
- Byłaś jak dotychczas najlepszym, co mnie w życiu spotkało – pogładził swoją dłonią mój policzek, ocierając zabłąkaną łzę – Nie jest tak łatwo się odkochać...
Poczułam jak robi mi się słabo i przed oczami pojawiają mi się mroczki. Zamrugałam kilka razy gwałtownie i powoli zataczając się wstałam – Przepraszam, ja tylko... – nie zdążyłam dokończyć, tylko osunęłam się w ramiona bruneta, tracąc powoli świadomość tego, co się dzieje dookoła mnie. Słyszałam jak woła chłopaków i zauważyłam jak do pokoju wpada przerażony Harry, a zaraz za nim reszta chłopaków. Widziałam zamazany obraz i nic nie słyszałam... po prostu nie kontaktowałam co się dzieje dookoła mnie. Jakby ktoś nagle przygasił światło i zaczął tobą kręcić w prawo i lewo. Zataczać kółka i wyłączył dźwięk. To tyle co pamiętam. Potem była znów ta przerażająca i wszechogarniająca ciemność.

*** Perspektywa Harrego ***

Siedziałem w pokoju i czekałem na Charlie. Wykorzystując chwilę czasu, rozpakowałem walizki. Właśnie zająłem się wkładaniem do szafy równo poskładanych przez dziewczynę podkoszulków, kiedy usłyszałem donośny krzyk Louisa, wzywający pomocy. Czym prędzej wybiegłem z pokoju i wpadłem do Louisa. Zauważyłem jego, trzymającego półprzytomną brunetkę w ramionach. Podbiegłem szybko do nich i biorąc ją w ramiona, z małą pomocą Louisa, położyliśmy ją na łóżku. Usiadłem obok niej i próbowałem ją ocucić. Louis w tym czasie wziął poduszki i podłożył pod jej nogi, żeby miała je wyżej od tułowia.
- Hej... mała... – mówiłem do niej lekko potrząsając jej ramiona. Patrzyłem uważnie na jej twarz, kiedy zaczęła powoli otwierać oczy i popatrzyła nieprzytomnym wzrokiem na mnie.
- Leż – nakazałem jej, kiedy próbowała gwałtownie się podnieść. Wziąłem od Nialla wodę, którą przyniósł w międzyczasie i tabletki.
- Czy ktoś może mi wytłumaczyć, co się tu dzieje? – spytał spanikowany i zmartwiony Tomlinson – Co jej się dzieje? Czemu zemdlała?
- Albo nie zażyła leków, albo była w mocno stresującej sytuacji – popatrzyłem na niego z wyrzutem, domyślając się, że to mogło być przez niego.
- Jakie leki do cholery? Przecież ona nie jest chora! – zmarszczył brwi w zastanowieniu, po czym na jego twarzy pojawiła się pytająca mina, skierowana do mnie.
- Jak byliśmy na wycieczce w górach, to też zemdlała, tylko tak upadła, że złamała nogę i głęboko rozcięła. Zawiozłem ją do szpitala i zrobili jej badania. Okazało się, że ma niedobór żelaza w organizmie, który wywołuje anemię. W stresujących sytuacjach, lub jak nie zażyje żelaza i witamin, może omdleć, lub mieć krwotok z nosa, zawroty głowy i tak dalej... – westchnąłem i pomogłem dziewczynie usiąść na łóżku. Podałem jej tabletki i wodę, które chwilę później zażyła.
- Oh... – tylko tyle wydobyło się z ust Tomlinsona.
- Możemy iść do siebie- usłyszałem ciche pytanie z ust mojej dziewczyny.
- Jasne, skarbie. Chodź – pomogłem jej wstać, lecz gdy się znów zachwiała na nogach, stwierdziłem, że rozsądniej będzie wziąć ją na ręce. Szybko podniosłem jej ciało i zaniosłem ją do naszego pokoju. Położyłem na łóżku i zamykając uchylone drzwi, położyłem się obok niej.
- Co tam się stało? – spytałem bawiąc się włosami dziewczyny. Uwielbiałem jej długie, brązowe loki... były takie ładne, miękkie i ślicznie pachniały. Popatrzyłam na jej twarz i zauważyłem na niej grymas... Coś jest nie tak – podpowiadało mi drugie ja.
- Obiecałem Ci, że będziesz mogła mi powiedzieć wszystko i że zawsze Ci pomogę... – westchnąłem widząc, jak dziewczyna spuszcza wzrok, żeby nie pokazać mi łez, które zbierają jej się powoli pod powiekami – Czy Louis Cię skrzywdził? – spytałem spokojnie, próbując jakoś jej pomóc w powiedzeniu prawdy. Dziewczyna pokiwała przecząco głową.
„Ma Tomlinson szczęście...”
- Aniołku... proszę powiedz mi co się stało? Czemu płaczesz? – pogładziłem ją po policzku i złapałem za podbródek, żeby popatrzyła w końcu na mnie.
- Louis.... on powiedział, że nadal mnie kocha i chciał mnie pocałować – na ostatnie wypowiedziane przez dziewczynę słowo, krew zaczęła gotować mi się w żyłach i dłonie zacisnęły się w pięści.
„Chyba już nie takie wielkie...”
Widząc moją reakcje momentalnie dodała – Ale nie... on jeszcze nie wiedział, że jesteśmy razem... powiedziałam mu to dopiero po tym, ale on powiedział, że nadal mnie kocha... – dziewczyna westchnęła pociągając nosem – Ja nie wiem Harry... co ja zrobiłam źle? Chciałam w końcu być szczęśliwa, mam Ciebie, a on tak cholernie musi upierać się przy swoim. Czemu nie może odpuścić i mi tego ułatwić? Tak by było lepiej dla nas obojga... znalazłby kogoś, kto jest wart jego uśmiechu i miłości... – ciągnęła swoją wypowiedź – Powiedz mi, co ja takiego zrobiłam źle...? – wtuliła się w moją klatkę piersiową a z jej oczu poleciały łzy. Zacząłem ją kołysać w ramionach szeptając jakieś uspakajające słowa. No właśnie? Co zrobić? Tak bardzo chciałbym jej doradzić i pomóc, a sam nie ogarniam zachowania Tomlinsona...
- Będzie dobrze, mała... coś wymyślimy... na pewno – ostatnie zdanie dodałem, jakby przekonując nie tylko brunetkę, ale też siebie.

***

Następnego dnia obudziłam się sama. Zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam, że Harrego przy mnie nie ma. Podniosłam się na łokciach i oglądnęłam pokój. „Tam go też nie ma...” westchnęłam i już miałam wstawać kiedy moją uwagę przykuła karteczka leżąca na jego poduszce, z zapisanym, jego starannym pismem, tekstem. Wzięłam skrawek papieru do ręki i przeczytałam:
„Dzień dobry skarbie! Przepraszam, że budzisz się sama, ale mieliśmy małą awarię ze strojami na dzisiejszy koncert i musiałem jechać z Niallem i Zaynem do Lou :(
Obiecuję, że jak tylko wrócę, to jakoś Ci to wynagrodzę.
Kocham Cię! Harry x.”
Uśmiechnęłam się mimowolnie i odłożyłam karteczkę na bok. Chwytając do rąk kule, wstałam powoli z łóżka i skierowałam się do łazienki. Trochę ciężko było mi się myć, z gipsem na nodze, ale jakoś sobie poradziłam, wymyślając na to genialny patent.
Wyszłam ubrana w świeże ciuchy i moim celem była kuchnia. Włączyłam czajnik i sięgnęłam po szklankę. Próbowałam dosięgnąć po herbatę, ale nie dość, że byłam za niska, nie mogłam stanąć na palcach, żeby do niej dosięgnąć.
- Cholera – przeklęłam pod nosem – czy oni zawsze muszą tak wysoko ją stawiać? – powiedziałam sama do siebie i zrezygnowałam, kiedy ktoś złapał mnie w talii, odsunął i sięgnął po pudełko z herbatą.
- Proszę – usłyszałam głos Louisa i trochę zamarłam.
- D..ddzięki – wydukałam z siebie jak niepełna rozwoju i nerwowo zaczęłam otwierać kartonik z saszetkami herbaty w środku.
- Możemy porozmawiać? – spytał cicho brunet sięgając po osobną szklankę i również przyrządzając sobie napój.
- Emm... wiesz co... Louis, nie zrozum mnie źle, ale my chyba nie mamy o czym rozmawiać. Nie chcę znów wyłożyć się tu jak długa, chyba pamiętasz jak wczoraj się to skończyło – powiedziałam niepewnie i zalałam wrzątkiem mój kubek. Chwyciłam kule do ręki i próbowałam równocześnie złapać gorące naczynie, ale niezbyt mi to wyszło.
- Poczekaj – zatrzymał mnie chłopak i wziął ode mnie kubek – Ja Ci go wezmę... jeszcze wylejesz na siebie po drodze tą herbatę... – westchnął i poszedł z dwoma kubkami do salonu. Wzięłam kule do rąk i poszłam za nim. Usiadłam wygodnie na kanapie obok chłopaka i wzięłam napój do ręki.
- Słuchaj ... – zaczął trochę łamiącym się głosem – Przepraszam. Nie chciałem, żeby to tak wyszło... Kochasz Harrego, a ja... ehh... – westchnął – Ale wiedz, że zawsze możesz na mnie liczyć. Nie chcę w tak głupi i egoistyczny sposób przekreślić naszej przyjaźni. Gdybyś kiedyś miała jakikolwiek problem, wal śmiało. Naprawdę mi na Tobie zależy, ale wiem, że już nigdy nie będzie nas nic łączyć w ten sposób jak kiedyś... – uśmiechnął się blado.
- Dziękuję - szepnęłam wzruszona i wtuliłam się w jego ciepłe ciało – Dziękuję za to, że zrozumiałeś i wiem, że zawsze mogę na Ciebie liczyć... – uśmiechnęłam się z ulgą i odsunęłam od chłopaka.
- To co? Przyjaciele? – powiedział wystawiając do mnie rękę.
- Przyjaciele – potwierdziłam, ściskając jego dłoń.
Zaczęliśmy normalnie rozmawiać, nie wracając już do incydentu z wczoraj i ostatnich wydarzeń, które tak nas poróżniły. Dobrze mi się z nim rozmawiało... jak z przyjacielem.
Nasze głupie rozmowy, na tak banalne tematy przerwał nam nie kto inny, jak Niall, Zayn i mój chłopak wpadający do apartamentu.
- Cześć, skarbie – podszedł do mnie i wpił się w moje usta.
- Hej – mruknęłam łapiąc oddech – Jak tam? Wszystkie poprawki się udały? Co się w ogóle stało, że Lou miała awarię? – spytałam.
- A lepiej nie gadać... jej asystentka, która miała notatki na temat naszych strojów i miała przygotować je nam trzem, miała wypadek i leży w szpitalu. Okazało się, że ubrania są dopiero zaczęte i trzeba je nam na dziś wieczór uszyć – wytłumaczył Harry – A Lou nie mogła w tak szybkim tempie znaleźć odpowiedniego zastępstwa i od samego rana siedzi w pracowni i szyje...
- Jejku... mogłeś mi powiedzieć. Bierz kluczyki do samochodu i mnie tam zawieź, przecież jej pomogę! – powiedziałam szybko, zdecydowanym tonem.
- To Ty umiesz szyć – Hazza nie krył zdziwienia a ja miałam ochotę mu przywalić poduszką, która leżała obok, w tą śliczną twarzyczkę.
- Harry, skarbie... czy kiedykolwiek w to wątpiłeś? Chyba każda kobieta umie coś uszyć, lub zwęzić, czy skrócić spodnie... Może chociaż na tyle się przydam Lou. A poza tym, nie pamiętasz jak kiedyś szyliśmy stroje na przedstawianie? W sumie to wszystko ja uszyłam, bo ty sobie ciągle igły wbijałeś w palce – pokazałam mu język.
- Dobra... w takim razie chodź – podał mi rękę i pomógł wstać z fotela. Chwyciłam kule i zeszliśmy z Harrym na dół do samochodu.

***

Lou prawie całowała mnie po rękach, kiedy przyjechałam jej pomóc. Miała strasznie dużo roboty, i musiała się z tym uwinąć w trzy godziny. Hazza postanowił, że zostanie już do koncertu i dotrzyma nam towarzystwa. Podczas gdy ja skracałam rękawy jego marynarki od wziął sobie jakiś niepotrzebny skrawek materiału i próbował mi udowodnić, że umie szyć.
Lou robiła coś na maszynie ze spodniami Louisa, kiedy ja skończyłam robić z marynarką chłopaka. Pokazałam moje dzieło Lou.
- Super – uśmiechnęła się do mnie dziękując i poprosiła Harrego, żeby przymierzył cały swój strój na koncert. Chłopak wziął ode mnie swoją marynarkę i poszedł się przebrać. Ja w tym czasie wzięłam jego ‘dzieło’ i przyglądając mu się, zaczęłam się głośno śmiać.
Podeszłam do Lou i pokazałam jej to, co Harry uszył, kiedy ona zdążyła zwęzić jedne spodnie i skrócić drugie, a ja zrobiłam z marynarką Harrego.
Hazza na białym kawałku szmatki, wyszył niebieskie, koślawe oczy i czerwony uśmiech, który bardziej przypominał zygzak.
- Z czego się tak śmiejecie – spytał chłopak poprawiając rękawy marynarki i wychodząc z garderoby. Pokazałam mu jego dzieło i wpadłam w paniczny atak śmiechu – Ejj... zostaw mojego Ed’a! – krzyknął wyrywając mi szmatkę.
- Ed’a? Czy ty to nazwałeś, czy to miał być portret twojego przyjaciela, Sheerana? – spytałam powstrzymując się od kolejnego wybuchu.
- Spadaj! Nie każdy ma taki talent jak Ty kochanie – powiedział a ja wzięłam ponownie szmatkę z uśmieszkiem, zrobiłam jej zdjęcie i wchodząc na twittera opublikowałam:
„Dzieło @harrystyles przedstawiające @edsheeran hahahahaha :D”

***

Nadszedł czas koncertu. Na szczęście, wyrobiłyśmy się z Lou na pół godziny przed koncertem, tak, że chłopcy mogli poprzymierzać ubrania, a my mogłyśmy sprawdzić, czy wszystko jest ok.
- Nawet nie wiem jak Ci podziękować – kobieta opadła na kanapę ze zmęczeniem – Gdyby nie Ty, to w życiu bym się nie wyrobiła na ten koncert... nie wiem co by wtedy było, Paul by mnie chyba zabił za opóźnienia... – westchnęła.
- Nie ma sprawy – uśmiechnęłam się do niej szeroko – i tak nie miałam nic szczególnego do roboty...
- Nie wiem jak ty Charls, ale ja jestem wykończona i mega głodna. Od rana nic nie jadłam, więc proponuję wyjście do baru po drugiej stronie ulicy – zaproponowała blondynka, na co ja momentalnie przystałam, bo szczerze powiedziawszy, też byłam nieco głodna.
Zamówiłyśmy sobie coś do jedzenia i porozmawiałyśmy. Lou opowiedziała mi o całej tej sytuacji z asystentką.
- Teraz to jak najszybciej muszę znaleźć kogoś na jej miejsce... W końcu to nie koniec trasy, a sama się z tym wszystkim nie wyrobię – westchnęła popijając cole z wysokiej szklanki.
- Jeśli tylko chcesz, to dopóki nie znajdziesz kogoś w zastępstwie, mogę Ci pomagać – uśmiechnęłam się do niej szczerze.
- Jejku... Ty naprawdę spadłaś mi z nieba – zaśmiała się – Jeśli tylko masz czas, to byłabyś moim zbawieniem – powiedziała.
Siedziałyśmy tak jeszcze około pół godziny. Jak zjadłyśmy, wróciłyśmy na koncert i siedziałyśmy w garderobie czekając na chłopców.

_____________________
Uff... wyrobiłam się na dziś z rozdziałem ;) I jak się podoba? Zawiodłam was, czy chcieliście, żeby to tak się potoczyło między Charlie a Louisem? Od razu chciałabym przeprosić, gdyby były jakiekolwiek błędy... przepraszam, ale jestem mega leniem i po prostu nie chciało mi się tego robić ;p
Napiszę jeszcze jeden rozdział i mam przygotowaną dla was niespodziankę, w postaci jednego z najdłuższych rozdziałów tej części :)
Całuję, ściskam, pozdrawiam i dziękuję! xx.

sobota, 13 lipca 2013

Rozdział 5 (II część)

- Dojechaliśmy – usłyszałam głos Harrego, gdy postanowiłam się chwilę zdrzemnąć. „Czy ja przypadkiem chwilę temu nie zamknęłam oczu?” ehh...
Odpięłam pas i zabrałam się za otwieranie drzwi, lecz Harry mnie ubiegł i zanim zdążyłam nacisnąć klamkę drzwi ustąpiły i otwarły się a w nich stał uśmiechnięty brunet. Wysiadłam z pojazdu i zabrałam ze sobą bluzę. Dzisiejszy dzień był ciepły, ale wietrzny. Szczególnie tu, w górach. Zawiązałam sobie ją w biodrach i sprawdziłam czy sznurówki moich butów są dobrze zawiązane.
Gdy wszystko było sprawdzone, a Harry zabrał czarny plecak z samochodu mogliśmy wyruszyć. Naszym dzisiejszym celem, był szczyt góry, która znajdowała się niedaleko miejsca zamieszkania moich dziadków. Jak byłam mała, to często chodziłam tu na wycieczki z mamą.
Szliśmy niestrudzenie rozmawiając po drodze na przeróżne tematy i robiąc kilka postojów, na odpoczynek, czy zjedzenie czegoś. Moja babcia wyprawiła nas, jakbyśmy mieli iść co najmniej na wojnę. Zaopatrzyła nas w termos z gorącą herbatą i stertę kanapek, które zajmowały jedną trzecią pojemności plecaka.
Szliśmy tak przez trzy godziny na górę. Opłaciło się...
Widok z góry, był niesamowity. Lasy, góry, doliny: to wszystko było przed nami, tworząc zapierającą dech w piersiach panoramę okolicy. W ciągu tych kilku godzin, które szliśmy, zdążyło się ocieplić i na samej górze czuć było przyjemne, ciepłe promienie słońca.
- Żyć nie umierać – stwierdziłam kładąc się na trawie i zamykając oczy.
- Wiesz skarbie – zaczął brunet – ja na twoim miejscu poczekałbym z tym umieraniem, bo musimy jeszcze zejść na dół – zaśmiał się i wgryzł w kanapkę, wcześniej wyjętą z plecaka.
- Jak bym umarła, to zniósłbyś moje zwłoki na dół, prawda? – spytałam obracając głowę w stronę chłopaka.
- Hmm... – zamyślił się – myślę, że gdybyś umarła, to umarłbym razem z Tobą – stwierdził wyszczerzając się – niczym Romeo i Julia. A tak w ogóle, to skąd taka rozmowa o umieraniu? Nie lepiej porozmawiać o czymś przyjemniejszym? Na przykład... o małych, rozkosznych szczeniaczkach? – spytał unosząc brwi.
- Tak... szczeniaczki zdecydowanie fajniejsze i słodsze! – stwierdziłam jednoznacznie.
- Ale i tak najsłodszy jestem Ja? – Harry pokiwał śmiesznie brwiami.
- To było pytanie, czy stwierdzenie? – spytałam śmiejąc się pod nosem. „Harry i ta jego pewność siebie”
- W sumie to i to, i to – wyszczerzył swoje bielutkie zęby w uśmiechu.
- Skoro mnie pytasz... To chyba uważam, że szczeniaczki są słodsze – powiedziałam siląc się na poważny ton, bo jak zobaczyłam jego naburmuszoną minę, miałam ochotę wybuchnąć niepohamowanym śmiechem.
- Pff... jak wrócimy, to pójdę się dowartościować do fanek. One na pewno stwierdzą, że jestem słodszy – powiedział z udawanym oburzeniem.
- Skoro tak uważasz... trudno... pójdę pokazać moją niespodziankę chłopcom. Myślę, że im się bardzo spodoba... Szczególnie, że są mężczyznami – powiedziałam przewracając oczami a Harry momentalnie się odwrócił.
- O jakiej niespodziance mówisz? I co z tym ma wspólnego to, że są facetami? – spytał mrużąc oczy i próbując przetworzyć dane w tym owłosionym czajniku.
- Niespodzianka niespodzianką... i tak się nie dowiesz, bo będziesz wtedy z fankami – „nie ma to jak stuprocentowo działający szantaż”.
- Dobra... odwołuję. Tylko kiedy zobaczę tą niespodziankę? – spytał momentalnie.
- Hmm... zależy od tego, czy będziesz grzeczny, czy nie – uśmiechnęłam się do niego i wzięłam łyka wody z małej butelki.
- A mam być grzeczny, czy nie? – spytał z cwanym uśmieszkiem a mnie wryło. „Mały zboczony Harry... jak zawsze” No ale co by nie powiedzieć, to miał trochę racji. Nachyliłam się do jego ucha i szepnęłam uwodzicielskim głosem:
- Przed zobaczeniem niespodzianki, masz być grzeczny – powiedziałam, po czym dodałam -  ale po... ojj... po zobaczeniu, raczej nie powstrzymasz się od bycia niegrzecznym chłopcem – odsunęłam się od niego i zobaczyłam charakterystyczny błysk w jego oku i poszerzający się uśmiech.
- Załatwione – powiedział uradowany, jakby był dzieckiem i właśnie wszedł do sklepu z zabawkami i pozwoleniem na wzięcie czego dusza zapragnie.
- Jak coś to mam na Ciebie haka – mrugnęłam okiem – Pamiętaj, że jak będziesz niegrzeczny, to nie zobaczysz niespodzianki wcześniej...
- Już moja w tym głowa, żeby się postarać – wyszczerzył się i cmoknął mnie w policzek, wstając – Chodź. Idziemy dalej – podał mi rękę i podniósł z ziemi. Już nie pierwszy raz, ale za każdym razem pozytywnie mnie zaskakiwał swoją siłą. Jemu nie sprawiało żadnego problemu noszenie mnie na rękach, czy inne rzeczy. Był mega silny.
Poszliśmy dalej, z tą różnicą, że teraz schodziliśmy z góry. Nie wiem czemu, ale schodzenie zawsze szło łatwiej i szybciej. Zamiast iść kolejne 3 godziny, droga powrotna zajęła nam ponad dwie. Jak głosiła tablica informacyjna, do wyjścia i parkingu pozostało 1,5 km.
Szliśmy dalej w dół, kiedy przez przypadek podniosłam wzrok i popatrzyłam w słońce. Momentalnie zakręciło mi się w głowie i jedyne co widziałam i czułam, to ciemność i rozlegający się w mojej nodze ból. Potem słyszałam urywane wołanie mojego imienia, przez Harrego i nic więcej.
Obudziłam się leżąc w białym pomieszczeniu. Momentalnie zorientowałam się, że to szpital. Zauważyłam Harrego siedzącego przy łóżku i głaszczącego moją dłoń, przypiętą do jakiejś rurki. Chyba nie zauważył, że się obudziłam. Chciałam coś powiedzieć, ale miałam tak zaschnięte gardło, że nie dałam rady. Poruszyłam delikatnie palcami u ręki, ściskając ciepłą dłoń chłopaka. Brunet od razu podniósł głowę  popatrzył się na mnie.
- O mój Boże, Charlie! Tak się bałem... – powiedział a jego oczy się zaszkliły – Poczekaj tu chwilę, zawołam lekarza – wyszedł z sali i po chwili wrócił. Poprosiłam go prawie bezgłośnie o wodę, którą mi podał. Napiłam się i już było lepiej, mogłam normalnie mówić.
Do sali wpadł tęgi mężczyzna w białym kitlu. Podszedł do mnie i sprawdzając coś na aparaturze spytał: - Jak się pani czuje?
- Trochę mi słabo... co się dzieje doktorze?
- Za niedługo powinny być wyniki pani badań. Proszę się położyć – wykonałam jego polecenie, a on zaświecił mi latareczką w oczy i mruknął pod nosem, zapisując na karcie – ruch spojówek nadal prawidłowy. Nie ma wstrząśnienia mózgu.
- Czy boli panią noga? – spytał a ja odruchowo spojrzałam na lewą nogę, która była w gipsie. „O Boże...”
- Nie... – powiedziałam zgodnie z prawdą.
- To dobrze. To znaczy, że morfina nadal działa.
Zapisał coś jeszcze na karcie, po czym odwiesił ją na ramie łóżka.
- Proszę tu leżeć i odpoczywać. Za niedługo przyjdę z wynikami i będziemy wiedzieć co pani dolega – poinstruował mnie i wyszedł.
Nadal byłam w lekkim szoku, kiedy przypomniałam sobie, że nie jestem tu sama. Chłopak przez cały czas siedział cicho w zamyśleniu. „Zapewne nie wiedział, co mówi lekarz, bo mówił po Polsku...”
- Harry. Powiesz mi co się stało? – spytałam.
- Jak byliśmy w górach, to nagle zemdlałaś. Upadłaś tak niefortunnie na jakiś kamień, czy coś, że złamałaś nogę, przy okazji mocno ją rozcinając. Zawiozłem Cię do szpitala i lekarze najpierw oczyścili Ci ranę i pozszywali a potem włożyli nogę w gips – wytłumaczył powoli i spokojnie.
„Oh... pewnie dlatego nie czuję żadnego bólu...”
- Czy oni mnie dziś wypiszą? Przecież mieliśmy wieczorem wylecieć... nie możesz spóźnić się na koncert – jęknęłam wkurzona.
- Nie wiem. Lekarz powiedział, że podejmie decyzję jak oglądnie wyniki. Musi wiedzieć skąd to nagłe omdlenie... A koncertem się nie przejmuj. Coś wymyślimy... teraz Ty jesteś najważniejsza – powiedział posyłając mi delikatny uśmiech i chwytając spowrotem moją rękę.
Siedzieliśmy tak jeszcze chwilę rozmawiając a po kilkunastu minutach do sali wrócił ten sam lekarz, tylko tym razem trzymał w ręce wyniki.
- A więc panno Grey... zaczął przewracając kartki. Wyniki wskazują na niedobór żelaza w organizmie. To jest anemia... Przepiszę pani tabletki żelaza, które musi pani brać regularnie trzy razy dziennie po dwie, oraz witaminy. Popijanie tabletek żelaza sokiem pomarańczowym przyśpieszy i zwiększy ich efekt, bo witamina C poprawia wchłanianie żelaza w organizmie. Zalecam więcej odpoczynku i mniej stresujących sytuacji, dopóki pani stan się nie polepszy i nie wyrówna się poziom żelaza w organizmie. Po miesiącu powinno wszystko wrócić do normy i niech wtedy pani pójdzie do lekarza i skonsultuje z nim zmniejszenie dawki. Muszę również ostrzec, że przy nadmiernie stresujących sytuacjach, mogą zdarzać się omdlenia, więc niech pani na siebie uważa i dba o swoje zdrowie. Mogą również zdarzać się krwotoki z nosa, ale rzadziej.*
- Panie doktorze... A czy dostanę dziś wypis? – spytałam z nadzieją i w myślach modliłam się o pozwolenie. Przecież Harry nie mógł przeze mnie opuszczać koncertów!
- Tak. Pielęgniarka poda pani jeszcze jedną kroplówkę uzupełniającą glukozę i przyniesie recepty na tabletki. Potem może pani iść – uśmiechnął się i wyszedł z pokoju.
Odetchnęłam z ulgą i zaczęłam przetwarzać w myślach to, co powiedział lekarz.
- Co powiedział? – spytał chłopak.
- To anemia. Muszę brać regularnie żelazo, nie mogę się przemęczać i w stresowych sytuacjach takie zawroty głowy i omdlenia mogą się zdarzać. Po miesiącu powinno wszystko wrócić do normy – posłałam chłopakowi delikatny uśmiech.
- Jejku... to dobrze – potarł dłonią o moją rękę – bałem się, że to będzie coś gorszego, odchodziłem od zmysłów... – powiedział wypuszczając ze świstem powietrze z płuc – A co z wypisem? Wyjdziesz dziś, czy mam dzwonić do Paula?
- Da mi dziś, tylko dostanę jeszcze jedną kroplówkę i recepty na lekarstwa.
- To dobrze. Może pójdę teraz po te recepty i pojadę kupić leki? – spytał.
- Jasne – posłałam mu uśmiech i chłopak już wychodził, gdy w drzwiach pojawiła się pielęgniarka.
- Oh, przepraszam – powiedziała trącając przez przypadek Harrego – proszę, tu są recepty na leki - podała je Hazzie, który podziękował i wyszedł. Podeszła do mnie i podłączyła nową kroplówkę.

***

Wyszłam z Harrym ze szpitala o kulach. Noga zaczynała powoli boleć, ale lekarz przepisał mi również jakieś mocniejsze leki przeciwbólowe. Pojechaliśmy do domu dziadków, gdzie się spakowaliśmy i pożegnaliśmy. Oczywiście zaczęło się wypytywanie o moje zdrowie, ale powiedziałam im, że po prostu upadłam i złamałam nogę. Pominęłam tą część z anemią, bo zaczęli by się martwić i powiedzieliby rodzicom. Byłam pełnoletnia i jak na razie rodzice nie musieli wiedzieć... Jak będę chciała to im powiem.

Wylecieliśmy z Polski, kierunek: Niemcy.
Kolejny koncert miał się odbyć w Berlinie. Tam po kilku koncertach, mamy kilka dni przerwy, potem jedziemy do Włoch, a potem do Hiszpanii.
Siedzieliśmy w samolocie. Nie wiem czemu, ale mnie lot zawsze usypiał. Położyłam głowę na ramieniu Harrego i w niedługim czasie zasnęłam.
Gdy dolecieliśmy, przy lotnisku stał podstawiony przez Paula samochód. Kierowca zawiózł nas do hotelu, w którym stacjonowali chłopcy.
Nie było mi jakoś strasznie łatwo chodzić o kulach, ale zaczęłam się przyzwyczajać. Dojechaliśmy do hotelu i poszliśmy do windy, którą wyjechaliśmy na 5 piętro. Okazało się że manager załatwił nam jeden gigantyczny apartament z czterema pokojami. Weszliśmy do środka i od razu rzuciła się na nas cała trójka przyjaciół. Brakowało tylko... Louisa.
- Cześć – zaczęliśmy się witać z wszystkimi. Gdy podeszli bliżej, zaczęły się pytania o moją nogę w gipsie. Niall momentalnie stwierdził, że mi coś tam narysuje. Harry powiedział, że jesteśmy trochę zmęczeni i dokładnie opowiemy potem.
- Gdzie Louis? – spytałam trochę zaskoczona, że nie przyszedł „Zaskoczona? Przecież to wiadome, że siedzi pewnie ze swoją Eleanor w pokoju...”
- Wątpię, żeby w ogóle wiedział o waszym przyjeździe. Od wczoraj siedzi w pokoju, i gdy tylko ktoś tam chce wejść to momentalnie go wyrzuca – westchnął Daddy.
- Ale wczoraj Eleanor wyjechała – powiedział podekscytowany Niall zacierając ręce – Nie wiem co się stało, ale chyba przejrzał na oczy.
- Tak, przejrzał, ale nie chce nikogo widzieć... coś musiało się stać – powiedział Liam.
- Może mi się uda z nim porozmawiać. Pójdę do niego – ostatnie zdanie skierowałam do Harrego. Chciałam mieć pewność, że nie będzie miał nic przeciwko.
- Jasne. Idź, skarbie. Będę czekał w pokoju – skradł mi delikatny pocałunek i uśmiechnął się delikatnie. Słyszałam odgłosy podekscytowania ze strony chłopców... „Ahh tak... przecież oni nie wiedzą...” Znając ich, to zaraz wypytają Harrego o szczegóły.
Wzięłam do rąk kule i powoli doszłam do drzwi pokoju Louisa. Zapukałam cicho, ale nie usłyszałam odpowiedzi. Nacisnęłam klamkę, która momentalnie ustąpiła i weszłam do środka. Zobaczyłam bruneta, grającego coś na gitarze. Nie zauważył mnie...
- Emmm.. hej – powiedziałam podchodząc do jego łóżka z zamiarem usadowienia się na nim, obok chłopaka.
- Charlie, jejku... co Ci się stało? – spytał zaciekawiony – Wróciłaś... – powiedział delikatnie się uśmiechając.
- Tak... miałam mały wypadek na wycieczce. Opowiem Ci kiedy indziej... – zdecydowałam – Louis, co się dzieje? Dlaczego Ciągle tu siedzisz?
Chłopak odwrócił się... nie chciał o tym mówić. – Lou? – ponagliłam.
- Eleanor mnie okłamywała. Wcale nie była w ciąży... zrobiła to tylko po to, żeby zniszczyć nasz związek i wrócić do mnie. Wczoraj robiłem testy... – powiedział smutnym głosem nerwowo bawiąc się palcami u rąk.
- Jejku... tak mi przykro Lou – przytuliłam go mocno. Trwaliśmy tak chwilę w przyjacielskim uścisku, kiedy chłopak się odsunął i zaczął bacznie mnie obserwować, swoimi błękitnymi oczami. Czułam jego przeszywający wzrok, ale nie było w tym tego co kiedyś... tego przyciągania...
- Kocham Cię Charlie – wypowiedział te słowa prawie niesłyszalnie, po czym zaczął zbliżać się niebezpiecznie do moich ust.


* Co do Anemii, to owszem jest to choroba związana z między innymi niedoborem żelaza w organizmie i zdarzają się po niej omdlenia, czy krwotoki z nosa (i nie tylko) ale potrzebowałam czegoś takiego do opowiadania i napisałam, że to anemia. Nie wiem dokładnie ile trwa leczenie i nie wypisałam tam wszytskiego co do tej choroby (tylko to, co było mi potrzebne) więc nie sugerujcie się w jakikolwiek sposób tym opisem. TO JEST TYLKO I WYŁĄCZNIE NA POTRZEBĘ OPOWIADANIA!

Takie małe info, dla niewiedzących, mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi ;)
____________________
Teraz co do rozdziału... napisałam tam, to co było w planach, ale zupełnie mi się ten rozdział nie podoba. Wyszedł taki pomieszany i niedokładny... :(
Nie wiem kiedy będzie następny, ale postaram się napisać go i dodać ja najszybciej.
Całuję i życzę miłego weekendu wszystkim! xx.

środa, 10 lipca 2013

Rozdział 4 (II część)

Kolejny dzień. Już czwarty w Polsce, tym razem z nim.
Z Harrym.
Jak dziwne byłoby to, gdybym powiedziała, że dopiero dziś porządnie się wyspałam, śpiąc jak niemowlę w jego silnych ramionach? Nie wiem na ile jest dziwne, ale choć nadal sama w to nie wierzę, jest na pewno prawdziwe.
A może nie? Może to tylko głupi sen, który daje złudne nadzieje? Może jego wcale tu nie ma, a ja właśnie leżę na łóżku i śnię? O tym, że tu jest, leży obok mnie i cicho pochrapuje?
Podniosłam dłoń i delikatnie położyłam na jego ciepłym policzku. Uśmiechnęłam się obserwując, jak beztrosko wygląda kiedy śpi.
To nie sen... to rzeczywistość.
Zobaczyłam jak powoli otwiera zaspane oczy i swoim przenikliwym wzrokiem odnajduje moje. Uśmiecha się promiennie „Tak mogłabym budzić się codziennie... mając go tu przy sobie!” Czułam się nad wyraz szczęśliwa i bezpieczna.
- Dzień dobry śliczna – powiedział swoim ochrypłym, jeszcze zaspanym głosem.
- Cześć – posłałam mu najlepszy uśmiech, na jaki było mnie w tym momencie stać. Zobaczyłam jak przenikliwie mnie obserwuje, po czym powiedział:
- Wiesz co najbardziej lubię w tym wszystkim? – spytał i zobaczyłam iskierki tańczące w jego zielonkawych oczach.
- Nie... Co? – spytałam.
- To że mogę bezkarnie robić to – nie dał mi zareagować i wpił się w moje usta. Co czułam? Stado motyli latających bezkarnie w moim żołądku. Gdyby mogły unosić, z pewnością latałabym już pod sufitem. Rozkoszowałam się jego namiętnymi pocałunkami, które z chwili na chwilę, robiły się coraz bardziej agresywne i nachalne. Całkowicie zatracił się w tym pocałunku. Nie przeszkadzało mi to, chciałam więcej i więcej... Językiem rozchylił moje usta i wtargnął, rozpoczynając prawdziwą walkę o dominacje. Przygwoździł moje nadgarstki nad głową i usiadł na mnie okrakiem, nie zaprzestając pocałunkom. Tym razem zjechał z nimi na moją szyję, delikatnie przygryzając skórę. Czułam rosnące pożądanie i odchyliłam głowę, żeby zrobić mu do niej lepszy dostęp. Przez moje ciało przebiegały całkowicie niekontrolowane dreszcze. Chciałam więcej, a on jakby czytając mi w myślach stał się bardziej namiętny. Robił to z taką wielką pasją i pożądaniem, które wisiało w powietrzu. Po jakimś czasie oderwał się ode mnie dysząc i łapiąc oddech. Popatrzył mi się głęboko w oczy i uśmiechnął zawadiacko, po czym nachylił się do mojego ucha i szepnął TYM głosem – Gdyby nie to, że to dom twoich dziadków i byłoby to niestosowne, to nie zakończyłbym tylko na tym, maleńka – zerwał się z łóżka i zalotnie się uśmiechając poszedł do łazienki. Moje serce łomotało z podwójną siłą a w głowie ciągle dudniły mi jego słowa. Leżałam i nie mogłam uspokoić mojego urywanego oddechu. „Boże... zabijcie mnie, co się ze mną dzieje?” Miałam ochotę spowrotem się na niego rzucić. Co tam dziadkowie?! Miałam ochotę zrobić coś, co zdecydowanie nie byłoby w tym wypadku przyzwoite!
Porównując Harrego do Louisa, to było jak ogień i woda. Louis nie wyzwalał we mnie takich skrajnych emocji i pragnień. Owszem, bardzo mnie pociągał, ale to nie było to co Harry. Na dźwięk jego głosu lub dotyku, nie reagowałam na pewno tak jak na Harrego. On budził we mnie najbardziej drapieżne instynkty, które niejednokrotnie i mnie dziwiły. „Szczerze, to w ogóle nie znałam się od tej strony...”
Usiadłam powoli na łóżku, próbując uspokoić mój oddech. Czułam na swoich ustach smak jego. Całował tak idealnie... Dotknęłam ich próbując przypomnieć sobie każdy szczegół. Siedziałam tak jakiś czas, póki mój oddech się nie unormował. Położyłam się spowrotem na łóżku i stwierdziłam, że na niego poczekam. Po chwili wyszedł w samych granatowych bokserkach, opinających jego pośladki, wycierając białym, puszystym ręcznikiem mokre włosy. Kilka kropel spadło na jego opalony tors, robiąc sobie po nim wyścigi.
„Zdecydowanie mogłabym teraz umrzeć...”
Chłopak zauważył, że mu się bacznie przyglądam i zaśmiał się cicho, a ja spaliłam buraka i schowałam głowę w poduszkę. „No ale w sumie czemu? Jest Twój, możesz bezkarnie podziwiać!”  Poczułam jak materac delikatnie się ugina pod jego ciężarem i poczułam jak swoimi długimi palcami odgarnie moje włosy z twarzy, które teraz posłużyły za poduszkę „Już nie...” Otwarłam oczy i popatrzyłam na jego uśmiechniętą twarz.
- Jakie plany na dziś, kochanie? – spytał a mnie na dźwięk jego głosu znów przeszły ciarki „Cholerne ciało, zawsze musi tak reagować?!” Dobra, to jest zdecydowanie nienormalne, ale kiedyś nagram jego głos na dyktafon i będę sobie puszczać, kiedy go nie będzie koło mnie...
- Nie wiem, możemy robić cokolwiek... – powiedziałam, po czym kontynuowałam – Możemy siedzieć tu i się lenić – pokazałam na pierwszym palcu – możemy pojechać gdzieś – odgięłam kolejny, a potem następne – możemy pójść na spacer, przejść się nad rzeczkę, zrobić piknik, coś ugotować, pojeździć konno, oglądać telewizor, spać, opalać się, popływać, zrobić ognisko.. kontynuować? Jak widzisz możemy zrobić wszystkooo... Jak kto woli! – powiedziałam i opadłam spowrotem na poduszki. Chłopak na chwilę się zamyślił, i wbił wzrok w jakiś bliżej nieznany mi punkt. Zastanawiał się nad czymś, po czym na jego twarzy zajaśniał uśmiech i zwrócił swoje zielone oczy w moją stronę.
- Wiesz... z Tobą mógłbym robić dosłownie wszystko – „Czy tylko ja zrozumiałam to dwuznacznie?” – Ale chyba wszystkiego na raz nie zrobimy, więc proponowałbym wyjazd nad jezioro połączyć z opalaniem, pływaniem i grillem – uśmiechnął się szeroko, czekając na moją reakcję.
- Spoko, jak dla mnie może być – uśmiechnęłam się i wstałam z łóżka kierując się w stronę łazienki. Porwałam po drodze ze sobą bikini i jakieś ubrania i zamknęłam za sobą drewniane drzwi łazienki.

Jakiś czas później


Harry miał wynajęty samochód, więc zapakowaliśmy się do niego i pojechaliśmy nad jezioro. Pogoda była fantastyczna... wprost wymarzona na opalanie. Niebo było czystym błękitem, bez ani jednej chmurki, a słońce prażyło jak oszalałe. Dojechaliśmy na miejsce i rozłożyliśmy duży koc na plaży. Mieliśmy ze sobą podręcznego, małego grilla, którego chłopak zaraz rozpalił. Ułożyliśmy na nim marynowane piersi z kurczaka i doprawiane ziemniaczki z warzywami i zostawiliśmy. Podczas gdy chłopak pilnował grilla, ja ściągnęłam z siebie krótkie spodenki i bluzkę i rozpuszczając moje długie, brązowe loki poszłam popływać. Hazza siedział i z uwagą przypatrywał się moim poczynaniom. Woda to był zdecydowanie mój żywioł. Mogłam w niej siedzieć godzinami i nie nudziło mi się to. Uwielbiałam pływanie i każdą inną aktywność w wodzie. Zobaczyłam jak brunet mnie woła i wyszłam z wody, która dziś była wyjątkowo przyjemna. Osuszyłam się ręcznikiem i usiadłam na kocu, naprzeciwko Harrego. Chłopak pościągał upieczonego kurczaka i warzywa z grilla i ułożył na plastikowym talerzyku. Zabraliśmy się za jedzenie pyszności, przy okazji rozmawiając. Rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim, poza jednym tematem. Nie rozmawialiśmy o chłopakach, ani o niczym związanym z Louisem i ostatnimi ‘akcjami’. Chyba nikt nie chciał poruszać tego tematu... nie był on tylko dla mnie Ciężki, ale myślę, że dla Harrego też. Lepiej nie psuć takich fajnych chwil, spędzonych wspólnie na głupie wspominanie...
Niestety, patrząc na to z drugiej strony, to byliśmy coraz bliżej powrotu. Nie mogliśmy przecież zostać tu na zawsze, choć czasem myślę sobie, jak byłoby wtedy fanie...
Z dala od tego zgiełku, blasku fleszy i sławy. Tu Harry był sobą, a nie członkiem najsławniejszego boys band’u na świecie, mającego miliony fanek. Bycie tutaj było taką beztroską odskocznią, od tych wszystkich problemów, które czyhają na nas po powrocie.
Bałam się tego powrotu. Bałam się jak cholera... Ale wiedziałam jedno. Teraz nie jestem sama. Mam kogoś, w kim jestem bezgranicznie zakochana i jest dla mnie podporą, w tych złych chwilach. Ukojeniem w tych smutnych i kompanem w tych wesołych.
- Ejj... ziemia do Charlie! – zobaczyłam jak Harry macha mi ręką przed oczami.
- Ymmm... przepraszam. Zamyśliłam się – powiedziałam posyłając mu mały uśmiech.
- O czym tak intensywnie myślałaś? – spytał chłopak, przyjmując pozę słuchacza. To w nim też uwielbiałam. Był cudownym przyjacielem. Potrafił zawszę wysłuchać, pomóc i doradzić. Pocieszyć i przytulić, kiedy było źle. Zawsze słuchał uważnie i starał się znaleźć jakieś rozwiązanie, kiedy było źle.
- O powrocie... – powiedziałam cicho i posmutniałam.
- Hej mała... wszystko będzie dobrze – uśmiechnął się i mnie przytulił – damy radę! Nie jesteś sama i masz mnie, skarbie – pocałował mnie w skroń i mocno przytulił.
- Nawet nie wiem, jak mam Ci dziękować, za wszystko co dla mnie zrobiłeś. Kiedy wszystko się chrzaniło i było źle, Ty nieustannie przy mnie byłeś – szepnęłam – Dziękuję Harry.
- Kocham Cię, mała. Nigdy nie będziesz sama, pamiętaj – uśmiechnął się do mnie – Wiesz co możesz dla mnie zrobić? – pokiwałam przecząco głową i czekałam na jego dalszą wypowiedź – Po prostu bądź – uśmiechnął się i złożył delikatny pocałunek na moich ustach.
- Nie zostawię Cię, Harry – powiedziałam stanowczo – Nigdy...
To było tak niesamowite, móc go mieć przy sobie, bez nikogo dookoła, że aż wydawało się nierealne. Czym zasłużyłam sobie na takie szczęście?
Po zjedzeniu, wzięłam mały koc i rozłożyłam go na słońcu. Nasz koc był w połowie w cieniu, w połowie w słońcu, a ja chciałam się opalić.
Położyłam się wygodnie na brzuchu. Czułam jak gorące promienie słoneczne rozgrzewają moją skórę. Związałam włosy w koka, położyłam się i przymknęłam oczy.
Nie wiem ile czasu minęło, ale po chwili poczułam coś chłodnego na plecach, a potem ciepłe dłonie chłopaka masujące moje plecy.
- Jeszcze mi się spalisz, kochanie – powiedział wracając do wcześniej wykonywanej czynności. Jego duże dłonie sunęły po łopatkach, potem zjeżdżały w dół do lędźwi. Jego dotyk jak zawsze przyprawiał mnie o dreszcze, ale niesamowicie odprężał. Nieświadomie zamruczałam odpowiadając mu na ten dotyk i usłyszałam jak chłopak cicho się śmieje. Poczułam jak na moich nogach ląduje zimny balsam do opalania, i znów zostaje wsmarowany przez te duże ciepłe dłonie.
- Ty to mnie nawet od słońca chronisz – zaśmiałam się lekko podnosząc i patrząc na uśmiechniętego chłopaka.
- O taki skarb, trzeba dbać... – powiedział a w mojej głowie roiło się od jednego wielkiego „Awwwww...” Jaki on jest kochany! Co by nie powiedzieć, to umie mnie dowartościować...
- Kochany jesteś – cmoknęłam go w policzek.
- Staram się – zaśmiał się – Idę popływać, idziesz ze mną?
- Nie, jeszcze chwilę się poopalam, później przyjdę – uśmiechnęłam się do niego delikatnie i wróciłam do mojej wcześniejszej pozycji, kładąc się na kocu i przymykając oczy.
Sama nie wiem ile tak leżałam... chyba długo, bo się czułam jak strasznie gorąco jest mi w plecy. Poszłam do wody, w której pływał chłopak. Była wyjątkowo czysta, jak na te niektóre Polskie jeziora... Zanurzyłam się w niej cała i poczułam przyjemny chłód na rozgrzanych plecach. Podpłynęłam do Harrego i popływałam z nim. Zrobiliśmy sobie wyścigi do pomostu kilka razy, ale tylko raz wygrałam. Harry był jednak facetem i pływał znacznie szybciej ode mnie. Ja za to pływałam dłużej i lepiej tchnicznie.
- Dobra, ostatni wyścig. O co się zakładamy – wyszczerzył się chłopak.
- Nie wiem, jakieś pomysły?
- Wygrany, może w wybranym czasie poprosić o coś przegranego.
- Ok.- zgodziłam się podając mu rękę na znak zakładu. Ustawiliśmy się obok siebie i wspólnie odliczaliśmy na trzy.
Raz.
Dwa.
Trzy.
Popłynęliśmy oboje kraulem, na początku byłam szybsza, ale Harry szybko mnie dogonił. Płynęliśmy łeb w łeb. Dawałam z siebie wszytsko, w końcu nie przepuszczę takiej okazji. Potem Hazza trochę mnie wyprzedził, ale równie szybko go dogoniłam. Kto wygrał? Nikt. Oboje równo przypłynęliśmy na wyznaczoną linię mety.
- I co teraz? – spytałam ciężko oddychając i patrząc z uśmiechem na bruneta.
- Hmm... możemy zrobić dogrywkę, tylko kto pierwszy dopłynie, dobiegnie  i usiądzie na kocu – wyszczerzył się cwaniacko.
- Okej, daj mi chwilę odetchnąć. Należy mi się, w końcu prawie pokonałam mistrza Stylesa – zaśmiałam się.
- Prawie, kochanie... – szepnął mi do ucha i cmoknął mnie w policzek.
- Spadaj Harry! Byłam blisko! Jesteś facetem, i szybciej ode mnie pływasz – wystawiłam mu język.
- Dobra, dobra... miej tą satysfakcje – przewrócił teatralnie oczami – To jak? Gotowa?
- Jak nigdy – uśmiechnęłam się zalotnie i stanęłam obok niego w wodzie.
No to Raz.
Dwa.
Trzy.
Kolejny wyścig, gdzie w wodzie dorównywałam Harremu, jednak gdy wybiegliśmy na brzeg on był szybszy „W sumie to jest nie fair, bo ma dłuższe nogi, no ale...” Usiadłam obok niego na kocu.
- To nie fair, każdy zakład przegrywam... – jęknęłam niezadowolona.
- Chciałem Ci przypomnieć, że tam był remis – wyszczerzył się pokazując na pomost.
- No ale w dogrywce wygrałeś.... kiedyś wymyślę taki zakład, że wygram – wystawiłam mu język i położyłam się na kocu – Właśnie.. – odwróciłam głowę w jego stronę zasłaniając oczy, przed natarczywymi promieniami słonecznymi – Wykorzystujesz swoją wygraną teraz, czy potem? – spytałam. Chłopak zamyślił się, kiedy jego oczy niebezpiecznie błysnęły „Boże... zaczynam się bać co tym razem wymyślił...” W końcu wiemy jak ostatnio się to skończyło... „Patrząc na to z drugiej strony, nie miałaś czego żałować”.
- Odbiorę moją nagrodę w innym momencie – wyszczerzył się i położył na plecach zaraz obok mnie. Przymknęłam oczy i myślałam nad różnymi wariantami, odebrania przez Harrego wygranej, ale jakoś nie mogłam wymyślić czegoś najbardziej prawdopodobnego. Wolałam myśleć o czymś znacznie przyjemniejszym „Na przykład o tym, że jest teraz ze mną...”  Tak, to było zdecydowanie lepsze wykorzystanie tego czasu.
Gdy zaczęło się powoli ściemniać, zapakowaliśmy z Harrym wszystkie rzeczy do samochodu i pojechaliśmy. Obserwowałam uważnie, jak chłopak śpiewa cicho pod nosem piosenki lecące w radiu.
- Uwielbiam jak śpiewasz – podsumowałam i widziałam jak po jego twarzy przelatuje uśmiech. Kochałam słuchać jego ochrypłego głosu, kiedy śpiewał. Wkładał w to tyle pasji i zaangażowania, że widać było gołym okiem, że to jest to co kocha i co go naprawdę uszczęśliwia. Kochałam w nim to, że pomimo bycia w najlepszym, najbardziej rozpoznawalnym i zdecydowanie najsławniejszym boys band’zie na świecie, nadal był tym starym, dobrym Harrym. Takim jakiego poznałam i takim z którym zaprzyjaźniłam się kilkanaście lat temu.  Nie kręciła go jakoś bardzo sława i nie uderzyła mu przysłowiowa ‘sodówka’ do głowy. Robił to co kochał i to cenił najbardziej.
- A Ty? Chyba nigdy nie słyszałem, jak śpiewasz... – spytał zaintrygowany.
- Ja nie potrafię śpiewać... – westchnęłam.
- Każdy potrafi, tylko niektórzy lepiej, a niektórzy gorzej – uśmiechnął się do mnie.
- Ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy, Harry – posłałam mu nieśmiały uśmiech i obróciłam głowę w stronę okna. Nie chciałam już o tym rozmawiać. Nie potrafiłam śpiewać i nigdy przy nikim nie śpiewałam. Robiłam to jedynie, kiedy miałam pewność, że jestem sama w pomieszczeniu i nikogo dookoła mnie ma... wtedy owszem, lubiłam śpiewać. Pod prysznicem na przykład, robiłam to zdecydowanie często, ale nigdy przed kimś. Wstydziłam się... nigdy nie lubiłam przed nikim występować.
- Zaśpiewaj coś... – poprosił i zrobił minę zbitego szczeniaka. Co prawda wyglądał słodko, ale nie mogłam się złamać.
- Sorry, to na mnie nie działa – wystawiłam język. Chłopak przez chwilę się na mnie patrzył, próbując wymyślić jakiś argument nie do przebicia, ale po chwili na jego ustach zagościł cwany uśmieszek i powiedział krótkie „Okej...” kierując swoją uwagę na drodze. To było zdecydowanie dziwne, ale postanowiłam nie zaprzątać tym swojej głowy.
Dojechaliśmy do domu i wyczerpani poszliśmy spać. Czekał nas ostatni już dzień w Polsce i wylot w nocy.
Będę za tym tęsknić...

______________________
Uff... kolejny rozdział! Czasem na prawdę, zaczynam sama siebie podziwiać jak szybko idzie mi pisanie rozdziałów! xD W końcu praktyka czyni mistrza, co nie? ;p Jakoś po prostu źle się czuję, nic nie pisząć. Chyba się od tego uzależniłam i weszło mi w nawyk. Szkoda, że nie szczególnie dobrze mi to wychodzi, ale dla mnie najważniejsze jest to, że wam się podoba :) Jesteście moją motywacją! ;)
Całuski! xx.

wtorek, 9 lipca 2013

Rozdział 3 (II część)

Trzeci dzień pobytu w Polsce... stęskniłam się za tym krajem, za dziadkami i za tym wszystkim, ale jeszcze bardziej tęskniłam za nim. Za Harrym.
Tak. Wczoraj wszystko dokładnie przemyślałam i doszłam do wniosku, że to jego kocham bardziej. Po części, udało mi się do tego dojść za sprawą babci i jej podpowiedzi...
Miała całkowitą rację, mówiąc, że gdybym naprawdę kochała Louisa, to nie zakochałabym się w Harrym. Poza tym... przez ostatnie wydarzenia, strasznie oddaliliśmy się od siebie z Louisem. Nadal jest dla mnie ważny, i nie mówię, że nie... tylko patrząc na to z perspektywy czasu, jakby miało to wyglądać?
Eleanor jest w ciąży... Louis nie może się ze mną spotykać... gdyby El urodziła, byłoby zapewne gorzej... ten związek jest bez przyszłości, i wybierając Louisa, potem żałowałabym, że nie wybrałam Harrego. Poza tym... po długich przemyśleniach, stwierdziłam, że to on jest dla mnie ważniejszy. W końcu za kim teraz tęsknie? Za Harrym.
W kogo ramionach chciałabym się teraz znaleźć? Harrego.
Komu na mnie bardziej zależy? Louisowi, który ma mnie głęboko w poważaniu, czy Harremu, który zawsze był przyjacielem, i nigdy, nawet w najgorszych momentach życia mnie wspierał i był przy mnie? Oczywiście że Harremu.
Kto martwi się o to, że wyjechałam? Dziś rano, włączając po raz pierwszy od 3 dni komórkę, dowiedziałam się, że Harry. Trudno byłoby powiedzieć, że się nie martwi, gdy mam 67 nieodebranych połączeń, od : „Hazza x.” I jakieś 32 wiadomości o treści mniej więcej takiej:
„Gdzie jesteś? Martwię się... proszę odpisz. Tęsknie x.”
Robiło mi się źle, gdy czytałam kolejne... on naprawdę się o mnie martwił. Jemu zależało. To od niego, nie od Louisa dostałam 32 wiadomości i miałam 67 nieodebranych połączeń...
Myślę, że wybrałam dobrze. Teraz wiem, że naprawdę go kocham. Tą każdą małą rzecz, którą zrobił, każdy mały gest, całego jego. Kocham go i tęsknię za nim jak cholera...
Postanowiłam, że zostanę tu jeszcze kilka dni. To, że wybrałam, nie znaczy, że otrząsnęłam się z tego wszystkiego... Boję się trochę tego powrotu.
Postanowiłam, że wieczorem do niego zadzwonię. A tymczasem wyłączę komórkę i pójdę odpocząć.
Nieuczesana i nie przebrana zeszłam na dół do kuchni. W niej, jak zawsze urzędowała babcia.
- Cześć – cmoknęłam ją w policzek.
- Cześć, kochanie. Widzę, że do rannych ptaszków, to Ty nie należysz – zaśmiała się a ja popatrzyłam na zegar „12.09” tak... tego można było się spodziewać... – Jak tam? Wyspałaś się?
- Tak – posłałam jej promienny uśmiech – nawet nie wiesz jak ten sen był mi potrzebny – westchnęłam.
- W końcu widzę Cię uśmiechniętą...
- To dzięki Tobie babciu! Dziękuję – przytuliłam się do niej mocno.
- Cieszę się, że mogłam pomóc. Masz nauczkę na następny raz, że zamiast tłumić to w sobie, lepiej jest się komuś wygadać. Jakbyś miała jakiś problem, to wiesz gdzie mnie szukać – mrugnęła oczkiem – A teraz zabieraj się za śniadanie, bo już późno.
Zabrałam się za jedzenie przyrządzonych przez babcię kanapek, kiedy ona przygotowywała składniki na ciasto do pierogów z borówkami. Przełączałam programy w telewizorze w salonie i popijałam moje śniadanie gorącą herbatą. Co jak co, ale wypicie rano herbaty, było dla mnie jak dla niektórych wypicie porannej kawy. Bez tego po prostu nie mogło się obyć. Herbata była dla mnie jak taki poranny kopniak. Coś jak: Wypijesz herbatę - twój dzień będzie udany.
Usłyszałam jak zadzwonił telefon. Po chwili przyszła do mnie babcia.
- Dzwoniła mama. Pytała się za ile wracasz, i czy wracasz do Londynu, czy wracasz do chłopaków...
- Nie wiem... chciałam tu zostać jeszcze kilka dni, oczywiście jeżeli wam to nie przeszkadza..
- Jasne, że nie przeszkadza skarbie – babcia posłała mi swój promienny uśmiech – Zostań tu jak długo będziesz chciała.
- Dziękuję. Ale nie wiem jeszcze, czy wrócę do Londynu, czy do chłopaków... chyba do nich... Zadzwonię do niej jak będę wiedzieć – zdecydowałam.
- Dobrze. Mama kazała Ci też przekazać, że tata wrócił do domu – dodała i wróciła do kuchni. Skończyłam jeść i pić i po chwili poszłam do niej, zanosząc przy okazji brudne naczynia.
- Mam prośbę... skoczyłabyś mi do piwnicy i przyniosła dwa słoiki borówek z szafki z owocami i konfiturami? – spytała.
- Tak, już idę – powiedziałam i poszłam do drewnianych drzwi. Otworzyłam je i od razu uderzyła mnie fala zimnego, wilgotnego powietrza. Zeszłam na dół po kamiennych schodkach i włączyłam światło. Gdy widziałam gdzie co jest, podeszłam do średniej wielkości półki stojącej na przeciwko schodów, przy ścianie. Znalazłam borówki i wzięłam dwa słoiki. Poprzeglądałam ‘zbiory babci’ i znalazłam moją ulubioną malinową konfiturę. Chwyciłam jeszcze jeden słoiczek wyrobów babci i skierowałam się do wyjścia. Pogasiłam światło i zamykając za sobą drzwi wróciłam do kuchni.
- Tutaj są dwa słoiki borówek dla Ciebie – postawiłam przed nią owoce – i wzięłam sobie jeden słoiczek Twoich malinowych konfitur – uśmiechnęłam się do niej i schowałam konfiturę do lodówki.
- Jak chcesz, to jak będziesz wracać to weź sobie kilka słoiczków do domu. Mam tego mnóstwo i my z dziadkiem chyba przez rok tego nie zjemy – zaśmiała się.
Usiadłam na krześle przy stoliczku kuchennym i zaczęłam przeglądać gazetę, którą dziadek kupuje codziennie rano i czyta. Śmiesznie czytało się i ogólnie od dwóch dni rozmawiało w języku polskim... Przez ostatnie dziesięć lat nie mówiłam w innym języku, niż w angielskim „No może pomijając rozmowy z mamą w domu, gdzie rozmawiałam czasem po polsku, czasem po angielsku...”
- A któż to przyjechał? Listonosz o tej porze? – westchnęła babcia patrząc za okno. Wstałam z mojego krzesła, podeszłam do okna. Podążyłam wzrokiem za nią i zauważyłam czarny samochód parkujący na podjeździe – Karola, poszłabyś odebrać list? Ja teraz nie dam rady... - podniosła do góry ręce całe w mące i cieście do pierogów. 
- Jasne, już idę – założyłam na nogi trampki i wyszłam z domu w czarnych spodniach dresowych i bokserce w której spałam. Zamknęłam drzwi i poszłam długą kamienną dróżką prowadzącą przez ogródek. Zobaczyłam z daleka, że drzwi samochodu się otwierają i ktoś z nich wychodzi... jednak ten ktoś nie był listonoszem.
Gdy zobaczyłam tą burze loków do moich oczu mimowolnie naleciały łzy... chyba szczęścia. Rzuciłam się biegiem w jego kierunku i gdy do niego dobiegłam rzuciłam się mu w objęcia. Te ciepłe, mocne ramiona, w których zawsze czułam się bezpiecznie.
- Bałem się, że straciłem Cię na zawsze – wyszeptał mi do ucha a ja czułam że uginają się pode mną nogi na dźwięk jego głosu. Popatrzyłam się w jego mocno zielone tęczówki i wpiłam się w jego usta z taką namiętnością, na jaką było mnie tylko stać.
- Kocham Cię – powiedziałam łapiąc oddech – Przepraszam. Już nigdy Cię nie zostawię – wtuliłam się w jego ciepłe ciało. Ta chwila mogła trwać dla mnie wiecznie... czułam się tak bezpiecznie i dobrze będąc w jego silnych ramionach... Moje szczęście się odnalazło.
Po chwili, gdy odsunęłam się od chłopaka poparzyłam na jego pełne troski oczy. Otarł mi kciukiem łzy i złożył delikatny pocałunek na moich ustach. Ten nie był aż taki namiętny. On był kwintesencją delikatności i doskonałości – Ja Ciebie też kocham – uśmiechnął się promiennie.
W tym momencie zdawałam się być najszczęśliwszą osobą na świecie.
- Chodź poznać moich dziadków – powiedziałam i poczułam jak chłopak złącza nasze dłonie razem, wplątując swoje palce w moje. Delikatne dreszcze przechodziły przez moje ciało, kiedy jego ciepła skóra stykała się z moją. Podobało mi się to.
Weszliśmy do domu i poszliśmy do kuchni. Babcia była nieco zdezorientowana, widząc wysokiego bruneta ze mną, jednak po chwili rozwiałam jej wątpliwości przedstawiając jej Harrego i robiąc przy okazji za tłumacza. Dziadka na razie w domu nie było... pojechał gdzieś. Zaprowadziłam Harrego na górę do pokoju. Położył się wygodnie na moim łóżku a ja wlepiłam się w niego i tak leżeliśmy. Nadal nie mogłam trochę w to uwierzyć... on tu był. Ze mną. Przyjechał do mnie! Chciałam nacieszyć się jego obecnością ile tylko było mi dane.
- Czemu mi nie powiedziałaś, że wyjeżdżasz? – spytał trochę zawiedzionym głosem bawiąc się moimi długimi, pokręconymi włosami.
- Zrozum Harry... dla mnie też nie było to łatwe... Nie mogłam sobie z tym wszystkim poradzić, to mnie zupełnie przytłoczyło. Potrzebowałam przerwy żeby zrozumieć, że Cię kocham – uśmiechnęłam się do niego delikatnie.
- Rozumiem... ale proszę Cię, nigdy więcej tego nie rób. Żadnych tajemnic i skrywania problemów, ok.? – spytał patrząc mi w oczy.
- Tak – posłałam mu uśmiech i wtuliłam się jeszcze bardziej w jego ciepły tors.
- To opowiedz mi, co robiłaś, kiedy Cię nie było?
- Hmm... to i owo. Leniłam się, oglądałam telewizję, pomagałam babci w kuchni, dziadkowi w stajni, jeździłam konno...
- Zaraz, zaraz – zaśmiał się – To ty jeździsz konno? Nigdy mi o tym nie mówiłaś...
- Widzisz... niby tak długo się znamy, a i tak nie wiesz o mnie wszystkiego – wystawiłam mu język – Tak jeżdżę, jeździłam jak byłam mała i to uwielbiam, a co? Coś w tym złego, że się śmiejesz? – spytałam trochę zawiedziona.
- Nie wręcz przeciwnie. Uważam, że to mega seksowne – szepnął mi do ucha tym swoim ochrypłym głosem, a ja mogę przysiąc, że przez moje ciało przeleciało teraz stado nieokiełznanych dreszczy. Czułam jak się rumienię, na co Harry cicho zachichotał i cmoknął mnie w policzek - Chciałbym kiedyś zobaczyć jak jeździsz – puścił mi oczko.
- Hahaha... zobaczymy czy sobie zasłużysz – wstawiłam mu język.
- Przecież ja zawsze jestem grzeczny – powiedział z cwanym uśmieszkiem na ustach – Czy kiedykolwiek nie byłem? – spytał śmiesznie unosząc brew.
- Mhm... jasne, ty jesteś słodkie, rozkoszne i zawsze grzeczne Hazziątko – prychnęłam i się zaśmiałam.
- Cieszę się, że tak uważasz, skarbie.
- A co tam u chłopaków? Jak wasz ostatni koncert w Paryżu? – spytałam zaciekawiona i patrzyłam na reakcję Harrego. Na wspomnienie o koncercie i o chłopakach, jego mina trochę zrzedła...
- Nic szczególnego... było beznadziejnie bez Ciebie – wtulił się w zagłębienie przy mojej szyi – Ślicznie pachniesz – dodał łaskocząc mnie nosem w szyję.
- Tak... – zaśmiałam się – szczególnie że jakąś godzinę temu wstałam i jeszcze nie zdążyłam się wykąpać!
- Chcesz to mogę umyć Ci plecy – chłopak wyszczerzył się cwaniacko.
- Wiesz... jak na razie, to chyba podziękuję. Poradzę sobie sama... może kiedy indziej, kochanie – skradłam mu mały pocałunek i wyswobadzając się z jego opiekuńczych objęć wstałam. Podeszłam do szafy i wyjęłam z niej świeże ubrania. Zdjęłam z siebie dresowe spodnie i podkoszulek i w samej bieliźnie udałam się do łazienki. Słyszałam ten jęk zawodu, kiedy ściągnęłam TYLKO spodnie i koszulkę. Idąc do łazienki prawie czułam jego przenikliwy wzrok na mojej osobie. Zamknęłam za sobą drzwi i poszłam zrelaksować się w wannie pełnej ciepłej wody z dodatkiem olejku kokosowego.
Gdy wyszłam z łazienki, rozczesując swoje mokre włosy, zauważyłam, że Harry stoi przy mojej toaletce i przygląda się czemuś z zainteresowaniem. Podeszłam do niego i zerknęłam mu przez ramię. Oglądał moje stare zdjęcia z dzieciństwa, jeszcze z Polski. Cały album wypełniony był mniej lub bardziej kompromitującymi zdjęciami... w końcu, jakie dziecko robi normalne rzeczy w tym wieku?  Przeglądał dalej album i co chwilę śmiał się z jakiejś mojej głupiej miny, lub pozy.
- Ejj – szturchnęłam go – Ty na pewno nie byłeś lepszy! – powiedziałam pokazując siebie w stroju biedronki z balu przebierańców w przedszkolu.
- Hmm... Wiesz, ja na pewno nie byłem biedronką – wyszczerzył swoje białe zęby w uśmiechu – Z tego co pamiętam, byłem Zorro...
- To nie fair! Nie śmiej się z mojego słodkiego stroju – zrobiłam naburmuszoną minę i usiadłam na łóżku. Chłopak zaraz znalazł się obok mnie i objął mnie ramieniem wskazując kolejny raz na to zdjęcie.
- No dobra... ale ja nie nazwałbym na tym zdjęciu stroju jako tego ‘słodkiego’... raczej tą słodką brunetkę w nim – powiedział z promiennym uśmiechem i cmoknął mnie w policzek.
- Awww... słodko – stwierdziłam – ale teraz lepiej mi już oddaj ten album, bo powoli zbliżamy się do zdjęć, których nie chcesz widzieć! – powiedziałam i w momencie zabrałam mu album z rąk, zamykając w szufladzie na kluczyk.
- Ejj... – chłopak jęknął zawiedziony, po czym podszedł do mnie i łapiąc mnie od tyłu w talii, nachylił się  – Ale i tak kiedyś je oglądnę – szepnął swoim uwodzicielskim tonem, a pode mną nogi się ugięły, i gdyby nie to, że mnie trzymał, to pewnie leżałabym już jak długa na ziemi. „Co ty ze mną robisz Harry?” obłędu można dostać!
Poszliśmy razem z chłopakiem na dół na obiad. Harry zachwycał się kuchnią babci i bardzo posmakowały mu jej pierogi. Babcia wypytywała chłopaka o różne rzeczy, a ja oczywiście robiłam za tłumacza. Potem do domu przyszedł dziadek i poznałam z nim Hazzę. Rozmawialiśmy i śmialiśmy się do późnej nocy. To był zdecydowanie jeden z najlepszych dni w moim życiu!

_________________
Mam nadzieję, że was nie zawiodłam ;)
Jak wam się podoba zaistniała sytuacja? Co wam się podobało w tym rozdziale? W ogóle jak wam się podobał? Liczę na wasze szczere opinie :)
Dziękuję wam wszytskim, za miłe słowa, za każdy komentarz, każdą minutę spędzoną na czytanie lub komentowanie. Kocham was mocno miśki! <3
(i przepraszam za jednodniowy poślizg, mam nadzieję, że choć trochę wam go wynagrodziłam rozdziałem ;p)
Całusy xx.

niedziela, 7 lipca 2013

Rozdział 2 (II część)

W słowach "More than this" macie link do piosenki.  :)
Miłego czytania :)

Wstałam obudzona promieniami słonecznymi, brutalnie przedzierającymi się przez niedokładnie zasuniętą firankę. Przeciągnęłam się porządnie i mozolnie wstałam, ubierając przy okazji kapcie na nogi. Rozsunęłam zasłony w pokoju, żeby wpuścić tam nieco więcej światła i zeszłam na dół do kuchni. Przywitałam się z babcią gotującą coś na gazie i dziadkiem, który czytał poranną gazetę.
- Mama rano dzwoniła i pytała się czy dojechałaś cała i zdrowa – poinformowała mnie babcia, przyjaźnie się uśmiechając.
- Właśnie – pacnęłam się w czoło – miałam do niej zadzwonić jak dojadę...
- Nic się nie stało. Trochę się martwiła, ale uspokoiłam ją i powiedziałam jej, że dojechałaś.
- Dziękuję.
Podeszłam do lodówki i wyciągnęłam z niej jogurt. Wzięłam jeszcze do tego płatki śniadaniowe i po pomieszaniu wszystkiego zabrałam się za jedzenie.
- Masz na dziś jakieś plany?
- Nie raczej nie... Pójdę się przejechać, a potem nic nie robię.
- Byłabyś tak dobra, i pojechała popołudniu do ogrodniczego, po kwiatki, które tam zamówiłam?
- Jasne, nie ma problemu – posłałam babci uśmiech i skończyłam jedzenie.
Udałam się do swojego pokoju i przebrałam się w wygodny strój. Zeszłam na dół i zabierając jedno jabłko z miski poszłam do stajni. Tak jak myślałam, konie nie były jeszcze wypuszczone na padok. Wyczyściłam i osiodłałam Coriano, po czym wsiadłam i pojechałam na przejażdżkę po okolicy. Przejechałam prawie cały lasek, zaliczyłam rzeczkę i galop po łące. Czego chcieć więcej? Jedno mogłam stwierdzić... brakowało mi tego wszystkiego.
Tych beztroskich chwil spędzonych w siodle, tego wiatru we włosach... wszystkiego.
Wróciłam do domu. Po rozsiodłaniu Coriano wypuściłam go na padok do innych koni. Poszłam wziąć prysznic i przebrać się. Ale ten czas szybko zleciał... nawet nie zauważyłam kiedy, a okazało się że jeździłam ponad godzinę.
Ubrałam krótkie spodenki i bokserkę. Na zewnątrz z godziny na godzinę, robiło się coraz bardziej upalnie. Wzięłam od babci kluczyki do jej samochodu i pojechałam.
Muszę powiedzieć, że na początku było trudno. Pierwszą rzeczą był prawostronny ruch, a drugą miejsce kierowcy po lewej stronie. W Anglii było zupełnie na odwrót i zdążyłam się przyzwyczaić, jednak plusem było to, że dziadkowie żyli na wisi, a nie w mieście, i rzadko ktokolwiek tu jeździł. Jechałam przez jakieś piętnaście minut asfaltową drogą, słuchając włączonej na fula muzyki. Nuciłam pod nosem znane mi kawałki, gdy w końcu dojechałam. Duże centrum ogrodnicze na obrzeżach miasteczka. Skręciłam w wybrukowaną drogę i zostawiłam pojazd na parkingu. Podeszłam do jednego ogrodnika, który właśnie podlewał drzewka.
- Przepraszam – wyrwałam młodego mężczyznę od roboty – przyjechałam po jakieś kwiatki dla mojej babci. Może mógłbyś mi pomóc?
- Jasne – chłopak odłożył węża ogrodowego i odwrócił się w moją stronę. Przypatrywał mi się chwilę z zamyśleniem, mrużąc przy tym oczy. Skądś kojarzyłam tą twarz, ale nie za bardzo kojarzyłam skąd... – Karolina? – spytał a ja w tym momencie przypomniałam sobie kim ten chłopak jest. To był Max, syn sąsiadów moich dziadków. Za malucha bawiliśmy się zawsze razem w piaskownicy. Niestety ja wyjechałam z mamą do mojego ojca do Londynu, i od tego czasu nie utrzymywaliśmy ze sobą kontaktów.
- Tak – uśmiechnęłam się do niego w odpowiedzi – A ty jesteś Max, prawda?
- Mhm... Czyżby nasza panna Grey wróciła do Polski? – wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Nie, przyjechałam do dziadków na wakacje...
- Ile jeszcze tu siedzisz? Może wybralibyśmy się na kawę? – spytał z nadzieją.
- emm.. nie wie jeszcze. Można powiedzieć, że to był taki spontaniczny, wcześniej nieplanowany wyjazd, i naprawdę nie wiem kiedy wyjeżdżam. Może za dwa dni, a może za miesiąc.. kto wie? A co do kawy, to jeszcze dam Ci znać – mrugnęłam do niego oczkiem – To co z tymi kwiatkami? My tu gadu, gadu, a moja babcia czeka na dostawę – pokazałam mu język.
Chłopak poszedł pod jakąś altankę i wziął duże pudło z sadzonkami i kwiatkami w środku. Chciałam od niego wziąć pudełko, ale zręcznie mnie wyminął i poszedł na parking.
- Dziękuję, nie musiałeś. Poradziłabym sobie – posłałam mu wdzięczny uśmiech i otwarłam bagażnik.
- Oj Karolina, Karolina... ty jak zawsze wszystko sama. Jesteś kobietą i nie wypada mi dawać Tobie dźwigać te ciężary.
- Haha... Ciężary powiadasz? Ile to waży? Kilogram? Dwa? – prychnęłam i zaśmiałam się.
- Po prostu nie wypada i tyle – wystawił mi język.
- Mój rycerzu w lśniącej zbroi... – powiedziałam z ironią i dodałam – Dobra, ja się zmywam, bo babcia czeka na dostawę. Dzięki za pomoc – mrugnęłam oczkiem i wsiadłam do samochodu.
Odpaliłam silnik i pojechałam. Znów z włączonym radiem, podśpiewując sobie pod nosem piosenki... tym razem w jakimś radiu było „TOP5 Wakacyjnych przebojów”.
Dojeżdżałam do domu, kiedy w radiu odezwał się głos prowadzącego.
- A teraz numer jeden na naszych listach przebojów, czyli brytyjsko-irlandzki boys band – One Direction, z piosenką „On way or another”! – wykrzyczał i dało się usłyszeć pierwsze takty piosenki, po nich głos Harrego. Ten dobrze mi znany, ochrypły głos... Moje serce stanęło w miejscu, a do oczu napłynęły łzy. Otarłam je szybko i próbowałam się nie rozkleić jeszcze bardziej, bo dojeżdżałam już do domu. Gdybym przyszła tam w takim stanie, od razu zorientowaliby się, że coś jest nie tak i zaczęły by się niewygodne pytania... Tego chciałam uniknąć. Zaparkowałam samochód, niedaleko domu i ruszyłam długą kamienną dróżką prowadzącą przez ogródek do domu. Po drodze próbowałam jakoś doprowadzić się do stanu używalności. Pudełko z sadzonkami postawiłam na werandzie i weszłam do domu.
- Cześć, już jestem – krzyknęłam ściągając buty i zostawiając kluczyki od samochodu na stoliczku za drzwiami.
- O, Karolinka... udało Ci się wszystko załatwić? – spytała babcia, wyglądając zza drzwi kuchni.
- Tak. Twoje kwiatki leżą na werandzie – posłałam jej uśmiech i już szłam do pokoju, kiedy zatrzymał mnie znów ten ciepły, miły głos.
- Chcesz coś do picia? Robię sobie herbatę.
- Jeśli mogę prosić, to też herbatę – wymusiłam trochę uśmiech i uwaliłam się wygodnie na łóżku w pokoju. Włączyłam na laptopie jakiś film, bo myślałam, że on choć trochę zaciszy te wszystkie wspomnienia. Jednak nie... nawet nie odwrócił mojej uwagi.
Po chwili usłyszałam, jak babcia wchodzi do pokoju z dwoma kubkami herbaty. Usiadła w moich nogach i podała mi jeden z nich.
- Karolinka, co się dzieje? Widzę przecież, że coś jest nie tak... – babcia spytała swoim troskliwym głosem. Wydało się. Teraz już nie mam szans.
Opowiedziałam babci po krótce całą historię, pomijając może niektóre szczegóły, ale wiedziała to co najważniejsze. Nie byłabym sobą, gdybym się nie popłakała, myśląc o nich. Babcia mocno mnie przytuliła i powiedziała mi coś bardzo mądrego...
- Jeżeli wydaje Ci się, że kochasz ich obu i musisz wybrać, to wybierz tego drugiego... wiesz dlaczego? – pokiwałam przecząco głową – Bo gdybyś naprawdę kochała tego pierwszego, to nigdy nie zakochałabyś się w tym drugim – powiedziała babcia i cmoknęła mnie w czółko – Ale to twój wybór. Wybierz tego, którego bardziej kochasz. A teraz idź do spania, bo jest już późno. Dobranoc kochanie – pożegnała się ze mną i wyszła z pokoju.
Próbowałam zasnąć, ale jej słowa nie dawały mi spokoju... w sumie, to miała po części rację. „Dobra Charlie... najwyższy czas wybrać!”

*** Perspektywa Harrego ***

Od dwóch dni próbowałem dodzwonić się do dziewczyny. Była dostępna w sieci, ale miała wyłączoną komórkę. Napisałem jej chyba kilkadziesiąt sms’ów prawie tej samej treści. Większość typu: „Gdzie jesteś? Martwię się... proszę odpisz. Tęsknie xx.”
Dziś mieliśmy ostatni koncert w Paryżu. Potem tylko 2 dni ‘odpoczynku’ i kolejny wyjazd...
Paul właśnie przypominał nam o wszystkich piosenkach, co będzie po kolei, kiedy co robimy i tak dalej, ale tak szczerze to w ogóle go nie słuchałem... po głowie krążyły mi całkiem inne myśli. W końcu skończył i wezwali nas na scenę. Wybiegliśmy ze sztucznymi uśmiechami i przywitaliśmy się z fanami. Zaczęliśmy piosenką „Kiss me”. Po niej śpiewaliśmy jedną z moich ulubionych „Little Things”. Śpiewając refren, pomyślałem o Charlie „Tak, jakby każda twoja ostatnia myśl, nie była o niej...” Uwielbiam każdą, nawet najmniejszą rzecz... jej uśmiech, jej poczucie humoru, jej wygląd... tak, według mnie jest najpiękniejsza. Uwielbiam jej głos, jej charakter, to jak słodko marszczy nos, kiedy się złości, to jak wygląda kiedy śpi, to jak się śmieje z większości rzeczy i osób, uwielbiam jej dotyk, jej usta, jej pocałunki, jej głębokie, lazurowe oczy, jej wszystko. Całą ją!
Następną piosenką w kolejności, było „More than this” Czy można powiedzieć, że ta piosenka była wprost idealna? Tak cholernie pasowała... Zaczął jak zawsze Liam. Po nim nastąpiła moja kolej. Zacząłem śpiewać, i jak jeszcze nigdy się wczułem w ten refren. Był tak prawdziwy, i tak pasował do mojej sytuacji, że próbowałem zaśpiewać to jak najlepiej potrafiłem „Jakby ona jeszcze to słyszała...”

When he opens his arms and holds you close tonight
It just won't feel right
Cause I can love you more than this, yeah.
When he lays you down I might just die inside
It just don’t feel the right
Cause I can love you more than this
Can love you more than this


(tłumaczenie:
Kiedy on otwiera ramiona i trzyma Cię blisko dziś wieczorem,
Po prostu nie czuje się dobrze,
Ponieważ mogę Cię kochać bardziej niż on, yeah,
Kiedy kładzie Cię do snu, umieram wewnątrz,
Po prostu nie czuje się dobrze,
Ponieważ mogę Cię kochać bardziej niż on,
Kochać bardziej niż on...)

Włożyłem w to tyle uczucia, ile tylko się dało. Potem śpiewali następni, następnie wszyscy razem i piosenka się skończyła. Zagraliśmy jeszcze kilka utworów, ale nie byłem aż tak obecny na tym koncercie. Nie zwracałem na siebie uwagi, stałem z boku i śpiewałem to co moje...
Po skończonym koncercie podziękowaliśmy całej ekipie i zaczęliśmy się powoli zbierać. Wszyscy jechali do hotelu. Poprosiłem, żeby na mnie chwilę poczekali i jeszcze raz spróbowałem zadzwonić do Charlie. Nic. Brak połączenia... ma ciągle wyłączony telefon...
Wpadłem na inny pomysł. Wykręciłem szybko numer i czekałem... po chwili w słuchawce rozległ się dobrze znany mi głos.
- Tak słucham?
- Cześć Ciociu... tu Harry.
- Cześć Harry. Jak tam trasa?
- Dobrze... ciociu, mam pytanie. Wiesz może gdzie wyjechała Charlie? – spytałem z nadzieją.
- Tak... Ty tego nie wiesz? Nie mówiła wam gdzie jedzie? – spytała zdziwiona.
- Nie. To trochę skomplikowane...
- Aha... nie wiedziałam. Nic mi nie mówiła... Charlie pojechała do dziadków do Polski – na te słowa odetchnąłem trochę ulgą.
- Podasz mi ich dokładny adres?
- Jasne, masz coś do pisania? – wziąłem kartkę i długopis, i zanotowałem wszystko co podała mi ciocia. Podziękowałem jej i zakończyłem połączenie.
Tak cholernie za nią tęsknie...

_______________________
Hmm... moje zdanie na temat tego rozdziału? Jest dziwny xD
Jak zawsze wiecie, że to na wasze opinie czekam najbardziej :) To wam ma się podobać, a nie mi ;p
Jeśli ktoś by chciał o coś zapytać mnie, albo bohaterów opowiadania, to przypominam o ASK'u
To chba tyle z mojej strony :) Miłej niedzieli i początku tygodnia xx.